środa, 29 września 2021

Gra komputerowa w 5d... Marie Lu „Warcross"

źródło: Lubimy Czytać
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4806499/warcross

Tytuł: „Warcross”

Autorka: Marie Lu

Liczba stron: 460

Wydawnictwo Młodzieżówka

                Gdy dowiedziałam się, że „Warcross” Marie Lu został wydany w Polsce w 2019 roku, byłam w niemałym szoku. Informacje o premierze zarówno pierwszego, jak i drugiego tomu przemknęły mi między stale odświeżanymi twittami i zdjęciami na Instagramie, nawet jeśli dość skrupulatnie śledziłam aktywność autorki na tych platformach i czekałam na jakieś informacje o polskiej wersji jej najnowszej książki. Serię „Legenda” wspominam wyjątkowo ciepło (nadal mam nadzieję, że czwarty tom zostanie wydany po polsku), więc nie myśląc dużo, szybko złożyłam zamówienie. To już o czymś świadczy, bo coraz trudniej przychodzi mi kupowanie książek na „wpółciemno”. Kolorowa cyberpunkowa okładka i wizja ładnych zdjęć na Instagramie tylko przypieczętowały transakcję i wiedziałam, że zakupu nie będę żałować choćby z tego jednego błahego powodu.

                Jedyną rzeczą, która odciąga myśli Emiki Chen od jej trudnego życia, jest Warcross– gra, na której punkcie oszalał cały świat. Wiedziona wizją szybkiego zarobku, Emika włamuje się na mecz otwarcia mistrzostw świata i przez przypadek zostaje przeniesiona na arenę. Tym wyczynem przykuwa uwagę samego twórcy gry, Hideo Tanaki. Młody celebryta zwraca się do niej z nietypową i przede wszystkim bardzo intratną propozycją.

Przykro jest mi to pisać, ale niejako zawiodłam się na tej powieści. Uderza mnie przede wszystkim jej stereotypowość i przewidywalność, a przede wszystkim prostota zakrawająca o ubogość. Myślałam, że aż takie wpadnięcie w schemat jest typowe dla debiutantów, a nie doświadczonych pisarzy z kilkoma pozycjami na koncie. A przecież Marie Lu nie wypadła sroce spod ogona, lecz ma całkiem pokaźny dorobek z genialnym debiutem w postaci „Legendy”. Tymczasem pierwsze strony „Warcrossa” są niczym wyciągnięte z przeciętnej jakości fanfiction. Emika Chen, która powinna być tą inną niż wszyscy protagonistką, wpada w sidła Mary Sue-izmu, zaczynając od jej tragicznej przeszłości, poprzez „nietypowe” genialne zdolności hackerskie, na kolorowych włosach i tatuażach kończąc. Jej życie odmienia się w jednej chwili a wszystkie problemy rozwiewają się, gdy poznaje niezwykle przystojnego i jeszcze bardziej tajemniczego miliardera. Opis drogich prezentów, ekskluzywnych hoteli i prywatnych samolotów przypomina montaż niczym z „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, zwłaszcza że kończy się nietypowym kontraktem (zgoła innym, ale jednak).

Początkowo nie raziło mnie to w oczy, mając nadzieję na prawdziwe emocje i szybki rozwój akcji. Ale tej w „Warcrossie” prawie nie było. Opis zawodów dostarczał rozrywki, ale momenty pomiędzy meczami właściwie miały jednostajne tempo. Postaci poboczne nie mają w sobie nic odróżniającego ich od reszty, a pogłębianie ich historii tylko mąciło w głowie, a nie zacieśniało więzi. Wszyscy oprócz dwóch-trzech głównych bohaterów to zlewający się w jedno tłum zapaleńców, o których nie mamy nawet najdrobniejszych informacji. Właściwie nie wychodzimy poza krąg drużyny Emiki, reszta bohaterów pozostaje bez jakiegokolwiek pożytku niż rola zapchajdziury. Doświadczenie autorki w branży gier komputerowych nie uchroniło jej przed do bólu powtarzalnymi i jakże mglistymi opisami o „płynącym kodzie” i „seriach jedynek i zer”, przez co  całe te hackowanie i darkweb nie angażowały, nie wywoływały dreszczyku emocji i nie budziły podziwu. Śledztwo, które prowadzi Emika niestety prawie w ogóle nie dostarcza, zwłaszcza że ostatecznie nie wiąże się z nim żadne zaskoczenie. Na dobrą sprawę nawet ostateczny plot twist nie jest z nim związany.

                Co chciałabym zauważyć i ocenić zdecydowanie na plus, to sama końcówka: dosłownie dwa-trzy ostanie rozdziały. Jakkolwiek plot twist całej historii nie wznosi się na wyżyny oryginalności, doceniam to, że Marie Lu udało się nie wpaść chociaż w jedną z pułapek i doceniam, w jaki sposób poprowadziła reakcję Emiki. Zwykle w treściach skierowanych do młodzieży bohaterowie zmieniają strony jak rękawiczki i nie mają żadnych wątpliwości co do podejmowanych przez siebie decyzji. W ich sercu odzywa się odwaga i potrzeba czynienia dobra za wszelką cenę, co sprawia, że bez żadnych skrupułów potrafią uwierzyć w każde słowo i ślepo podążyć za kimś, kto przez całą historię stał po drugiej stronie barykady. Emika do samego końca nie wie, co zrobić. Iść za głosem serca czy podążyć za niepodważalnymi dowodami obciążającymi kogoś, kto był jej bliski? Właściwie nawet po ostatnich słowach i jej deklaracjach nie można być pewnym, że w drugim tomie zrobi to, co obiecała pod koniec „Warcrossa”. Pewna nie jest żadna ze stron naszkicowanego w powieści konfliktu. Kto ma rację? Co się wydarzyło, że jesteśmy w tym miejscu, postawieni przed takim wyborem? Zobaczymy. Mam szczerą nadzieję, że będzie lepiej i jest to jedyny powód, dla którego jestem w stanie dać „Dzikiej karcie” szansę.

                Myślę, że gdyby nie znakomity koncert, jaki dał mi „Koniec maskarady” poprzedzający lekturę  „Warcrossa”, być może nowa książka  Marie Lu porwałaby mnie dużo bardziej. Tymczasem w porównaniu z tym molochem od Shannon, fabuła „Warcross” wydaje się płytka, niedopracowana i nie tak ekscytująca. Zdecydowanie też wolę historię, którą autorka wykreowała w „Legendzie”. Miała ona pewną głębię i wagę, której w tym przypadku zabrakło. Być może jest to kwestia długości: debiutancka dystopia Lu jest w końcu trylogią, a tutaj jestem dopiero po pierwszym z dwóch tomów. Według mnie to jednak usilne szukanie usprawiedliwień, bo chciałabym o Marie Lu myśleć jak najlepiej. Gdzieś tam pod sam koniec „Warcross” całe szczęście obiecuje coś więcej w drugim tomie, dlatego mam nadal nadzieję na pewien redemption arc i jeszcze nie skreślam całości. Nie będzie to jednak moja ulubiona seria i zdecydowanie szybciej wrócę do Daya i June niż Emiki i jej ferajny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku!
Jeśli znalazłeś się aż tutaj, będziemy wdzięczni, jeśli wyrazisz swoje skromne zdanie. Our humble opinions jest w końcu "our". :)