20:09

Refleksje na spontanie- Panic! At The Disco „Y-O-U Don’t Want Me” oraz „California”

Refleksje na spontanie- Panic! At The Disco „Y-O-U Don’t Want Me” oraz „California”


                Myślałam, że na jakiś czas Brendon Urie da mi spokój i twórczość Panic! At The Disco będę miała odhaczoną, a tu You Tube podrzuca mi jakieś dwie niewydane na „Viva Las Vengeance” piosenki. I może bym sobie odpuściła komentarz, ale „Y-O-U Don’t Want Me” oraz „California” natchnęły mnie do jakichś refleksji… takich na spontanie.

               Prosto z mostu: nie wiem, dlaczego akurat te dwie piosenki wypadły z podstawowej wersji płyty, bo uważam, że są jednymi z lepszych zaproponowanych przez Urie kawałków. Na „Viva Las Vengeance” [recenzja] znajdują się zdecydowanie gorsze, bardziej irytujące piosenki. Dlatego jeśli oba numery kiedyś pojawią się oficjalnie na Spotify, z czystym sumieniem dodam je na moją i tak już przeładowaną playlistę. Należy im się to, bo w porównaniu z pozostałymi piosenkami wręcz błyszczą, choć i one nie uniknęły pewnych powtarzanych zgrzytów.

18:00

Panic! At The Disco „Viva Las Vengeance”

Panic! At The Disco „Viva Las Vengeance”

 

Tytuł: „Viva Las Vengeance”

Autor: Panic! At The Disco

Data premiery: 19 sierpnia 2022

Gatunek: alternative/indie, pop

Czas trwania: 43:47

Wytwórnia: Fueled by Ramen; ‎DCD2

Nie mogę powiedzieć, że na kolejny album Panic! At The Disco (czy już w tym momencie Brendona Urie) czekałam z wypiekami na twarzy. Po ostatniej płycie, którą oczywiście lubię i regularnie któraś z piosenek wpada na moją playlistę, moje emocje opadły: jest więcej zespołów, które plasują się wyżej zarówno w subiektywnym, jak i obiektywnych rankingach. Jednak przyszedł pierwszy singiel, rozbudzając jakąś ciekawość, a potem drugi, trzeci i w końcu całe „Viva Las Vengeance”. Moja reakcja była zgoła inna, niż się spodziewałam, a jednocześnie w ogóle mnie nie zaskoczyła.

17:00

Ta historia złapie za gardło... Chloe Gong „These Violent Delights. Gwałtowne pasje”

Ta historia złapie za gardło... Chloe Gong „These Violent Delights. Gwałtowne pasje”

 


Tytuł: „These Violent Delights. Gwałtowne pasje”

Autorka: Chloe Gong

Liczba stron: 559

Wydawnictwo Jaguar

                Nie ukrywam: po „These Violent Delights” sięgnęłam z przypadku, a nawet z przymusu. Wyjście na białostockie targi książki skończyły się tak, że nie dostałam żadnej planowanej książki, więc z braku laku kupiłam „Gwałtowne pasje”. O książce przeczytałam ze dwa-trzy razy na Instagramie i wiedziałam tylko tyle, że inspirowana jest historią Romea i Julii i w fabule jakąś rolę grają kwiaty. Nie znałam ani gatunku, ani klimatu, ani bardziej szczegółowego zarysu fabuły.

                Szanghaj jest trawiony przez wszelkie zepsucie, jakie można sobie wyobrazić. Od lat podzielone pomiędzy Szkarłatny Gang i Białe Kwiaty jest świadkiem grzesznego życia pełnego rozpusty, nienawiści i krwi. W i tak już niespokojnych czasach pojawia się nowe niebezpieczeństwo: potwór czający się w mrokach rzeki i szaleństwo karzące rzucać się do własnego gardła. Młodzi spadkobiercy dwóch zwaśnionych gangów: Juliette Cai i Roma Montagow, będą musieli wbrew swoim rodzinom i wbrew samym sobie połączyć siły i rozwiązać zagadkę wariactwa nawiedzającego ich miasto. Zadanie jest tym trudniejsze, że młodzi mają za sobą wspólną, namiętną i bardzo krwawą przeszłość.

10:00

Refleksje na spontanie- Måneskin „The Loneliest”

Refleksje na spontanie- Måneskin „The Loneliest”


             Ostatnie single Måneskin całkiem mi się podobały: można było pokiwać głową, popląsać po domu, piosenki dodawały energii i poprawiały humor. Jednak od pewnego czasu brakowało mi czegoś wolniejszego, spokojniejszego, sięgającego głębiej. Jak się okazało, brakowało mi czegoś takiego jak „The Loneliest”.

17:00

Kontynuacja z dziką kartą... Marie Lu „Wildcard. Dzika karta”

Kontynuacja z dziką kartą... Marie Lu „Wildcard. Dzika karta”


 Tytuł: „Wildcard. Dzika karta”

Autorka: Marie Lu

Liczba stron: 425

Wydawnictwo Młodzieżówka   

 

    „Warcross” [recenzja] mnie nie zachwycił. Można by nawet uznać, że książce otwierającej nową serię Marie Lu miałam więcej rzeczy do zarzucenia niż tych do wspominania dobrze. Mimo to postanowiłam kontynuować tę przygodę: przede wszystkim dlatego że nie była ona za długa (w końcu to tylko jeden przeciętnej grubości tom). I stało się coś, co trochę mnie zaskoczyło. 

Plan wyplenienia wszelkiego zła z ludzkich umysłów już w kilka dni działa cuda: niemal cała ludzkość przestała odczuwać potrzebę krzywdzenia innych, a każdy, kto ma choć najmniejsze przewinienia za uszami, oddaje się w ręce sprawiedliwości albo sam wyznacza sobie stosowną karę. Ulice Tokio i innych miast zapełniły się kolejkami do posterunków policji i poprzecinane zostały taśmami odgradzającymi tereny kolejnych samobójstw. Tylko niewielka grupka ludzi używających prototypu nowego Neurołącza zdaje sobie w pełni sprawę z sytuacji: między innymi Emika i Phoenix Riders. Dziewczyna postanawia za wszelką cenę powstrzymać Hideo zanim sama zostanie pozbawiona świadomości, a pomóc ma jej w tym Zero i jego tajemnicza grupa Czarne Płaszcze. Najgorsze jest jednak to, że ich intencji Emika również nie można być w pełni pewna.