12:40

Nadchodzi Stara Magia!- Jasper Fforde "Ostatni smokobójca"



Tytuł: "Ostatni smokobójca”
Autor: Jasper Fforde
Liczba stron: 311
Wydawca: Wydawnictwo Sine Qua Non

                Bardzo sceptycznie podchodzę do wszystkich książek nazywanych nowym „Harrym Potterem”, „Władcą pierścieni” czy inną powieścią/ serią, które nie tylko według mnie, ale i według wielu innych osób na świecie urosły do miana klasyków, dzieł wielkich, niepowtarzalnych i nie do podrobienia. Dlatego też widząc po raz pierwszy na oczy „Ostatniego smokobójcę” miałam mieszane uczucia: z jednej strony ciekawość, bo a nuż rzeczywiście książka ma w sobie to coś, a z drugiej wątpliwości, gdyż tak głośno opiewani następcy bestsellerów nazywani są tak zwykle na wyrost. Ostatnio jednak brakowało mi starej dobrej fantastyki ze smokami i magią w tle, więc czemu by nie spróbować?

                Czasy dobrej, Starej Magii już dawno minęły. Teraz czary używane są do udrażniania rur, a latające dywany nie mogą przewozić nawet chińszczyzny. Jednak nagle coś się zmienia: czarodzieje dostrzegają u siebie gwałtowny wzrost mocy, zaczynają też miewać wizje niechybnej śmierci ostatniego smoka. A ma tego dokonać nowo mianowany Smokobójca- nastoletnia Jennifer: sierota pozbawiona jakiejkolwiek mocy, której styczność z magią ogranicza się do prowadzenia i tak zrujnowanej, magicznej firmy Kazam oraz karmienia ukochanego „zwierzaka” Kwarkostwora. To na niej ma spoczywać odpowiedzialność decyzji: poddać się wizji i zabić smoka, czy trzymać się Smoczego Paktu i dotrzymać wierności największemu magowi wszechczasów: Shandarowi Potężnemu.


                Tak, jak przewidywałam, książka nie okazała się nowym „Harrym Potterem”. Co prawda mamy tu kilka elementów wspólnych: sieroty jako głównych bohaterów, sprawę magii w świecie współczesnym, windę działającą do złudzenia jak Proszek Fiuu czy raz wspomniane Ministerstwo Magii (aż mi się oczy zaświeciły na ten widok), ale w sumie więcej podobieństw trudno dostrzec. Nie znaczy to jednak, że książka nie jest magiczna, wciągająca i ciekawa. Historia ma swój urok i z każdą chwilą pochłania coraz bardziej, a świat przedstawiony ciekawie łączy współczesność i starożytną magię. Bardzo podoba mi się wizja Niezjednoczonych Królestw, które jeszcze bardziej trącają magicznością niż i tak czarodziejska, pełna uroku i tajemnicy Wielka Brytania. Sama magia, mimo że jest obecna, zniesiona jest jednak na dalszy plan, co trochę mnie rozczarowało. Nie poznajemy tajników magii, a cała historia opowiadana jest z perspektywy niemagicznej dziewczyny. Miejmy nadzieję jednak, że wraz ze wzrostem mocy magicznej pobocznych bohaterów w kolejnych częściach będzie ona bardziej widoczna i pozwoli nam na lepsze zgłębienie jej tajników- na razie jest traktowana podobnie jak wyższa technologia- dobrze, że jest, ale jakoś niewielu interesuje się, jak ona działa.


                W „Ostatnim smokobójcy” nie mamy bardzo silnych, wybijających się postaci oprócz Jennifer i jej przyjaciela Tygrysa, zresztą o nich też nie wiemy zbyt wiele. Mam nadzieję dowiedzieć się o nich, jak i o reszcie bohaterów więcej wraz z kolejnymi częściami „Kronik Jennifer Strange”. Wyjątkowo upodobałam sobie pupila głównej bohaterki Kwarkostwora- uwielbiam zwierzaka i tym bardziej miałam ochotę udusić autora powieści, gdy wraz z rozwojem sytuacji o mało co nie padłam na zawał. Dobrze zapowiada się też Lady Mawgona, trochę przypominająca McGonnagall. Reszta ludzkich bohaterów niestety zlała mi się w jedną postać i jeśli nie zmieni się to z kolejnymi częściami, seria będzie miała tak naprawdę Jennifer, Tygrysa i małą ilość małoznaczących bohaterów. Mimo to mam nadzieję, że jeszcze kiedyś z całą ekipą się spotkam, a wszyscy bohaterowie nabiorą wyrazu.


Niewątpliwie dużą zaletą jest humor książki, na okładce porównywany do stylu Pratchetta. Nie czytałam dzieł tego autora, ale wierząc opiniom musi mieć niezły talent do pisania zabawnych historii. Tak naprawdę „Ostatni smokobójca” jest przepełniony żartami i humorem. Główna bohaterka, a zarazem narratorka ciekawie opisuje cały świat, trochę ironizuje, a zresztą cały wir wydarzeń, w który wpakowuje się tak naprawdę wbrew sobie, jest bardzo zabawny, a nawet śmieszny. Wspomnienia o wątpliwości co do jej dojrzałości za każdym razem przypominała mi sławne już słowa z popularnej kreskówki „Fineasz i Ferb”: „Czy ty przypadkiem nie jesteś za młoda na Smokobójcę? -Tak, owszem. -Aha, w porządku…”- uśmiech sam pojawiał się na twarzy. A takie żarciki, jak przewóz ludzi w pudłach wypełnionych kulkami styropianowymi, Tymczasowy Łoś czy walka o promocję płatków Mniam jeszcze bardziej wprowadzają miły nastrój.


                „Ostatni smokobójca” nie zachwycił mnie tak, jakbym chciała i jakby mógł. Jest to jednak nadal ciekawa pozycja, zwłaszcza dla młodszych czytelników. W książce wykreowany jest całkiem interesujący, ciekawy świat, a fabuła rozkręca się równomiernie, by pod koniec zaskoczyć nas niezłym zwrotem akcji, którego się nie spodziewamy. Tak naprawdę to dobry pomysł, gdy chcemy wrócić do starych dobrych czasów pełnych magii i cudownych stworzeń, a nie chcemy katować się rozbudowanymi i trudnymi powieściami. „Ostatni smokobójca” potrafi wciągnąć i skutecznie rozbawić czytelnika. Magii dziecięcych lat pomagają na nowo doświadczyć zabawne, utrzymane właśnie w takim dziecięcym stylu rysunki. Nie są to dzieła sztuki, ale rozbawiają równie skutecznie jak tekst. Osobiście zakochałam się w rysunkowym Kwarkostworze (oprócz tego z okładki, gdzie jest okropny). Pozostaje mi tylko czekać na kolejne części „Kronik Jennifer Strange”. Osobiście nie mogę się doczekać, gdy lepiej poznam historię (zwłaszcza przeszłość) co główniejszych bohaterów tego cyklu. Fforde wydał już kolejne dwie części „Kronik Jennifer Strange”, teraz pracuje nad kolejną. Miejmy nadzieję, że niedługo doczekamy się również polskiej premiery.


Za możliwość przeczytania „Ostatniego smokobójcy” dziękuję bardzo Wydawnictwu Sine Qua Non


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku!
Jeśli znalazłeś się aż tutaj, będziemy wdzięczni, jeśli wyrazisz swoje skromne zdanie. Our humble opinions jest w końcu "our". :)