18:00

Czy „Stranger Things” będzie żyło wiecznie?


Tytuł: „Stranger Things” sezon 5

Data premiery: 27 listopada 2025 r.

Czas trwania: 8x 57 min. - 2 h 8 min.

W rolach głównych: Millie Bobby Brown, Gaten Matarazzo, Caleb McLaughlin, Noah Schnapp, Sadie Sink, Finn Wolfhard, Natalia Dyer, Maya Hawke, Charlie Heaton, Joe Keery, Winona Ryder, David Harbour i inni...

Zwykle nie piszę o ostatnich częściach serii, jeśli wcześniej nie wypowiadałam się o poprzednich wydaniach, a już na pewno unikam tego, jeśli chodzi o takie fenomeny, jakim jest „Stranger Things”. Jednak wraz z niemal dekadą produkcji i piątym sezonem skończyła się pewna epoka, która bardzo wpłynęła na wielu widzów oraz odmieniła sposób, w jaki odbiera się popkulturę. Trudno więc mi przejść obok piątego sezonu obojętnie. Zwłaszcza gdy – jak to bywa z finałami popkulturowych gigantów – widownia bardzo silnie zareagowała i podzieliła się na dwa obozy.

Kilka słów wstępu, czyli skromnym zdaniem o sezonach 1-4

Przed listopadową premierą piątego sezonu pierwszy raz zrobiłam hurtowy rewatch wszystkich poprzednich części. Moje wrażenia co do pierwszego sezonu to przede wszystkim to, jak dobrze się zestarzał. W moim przypadku działa on na podwójnej nostalgii: oryginalnej, bazującej na klimacie lat osiemdziesiątych, których nie mam prawa pamiętać, a jednak przypominają mi moje dzieciństwo, a także tej sprzed dziewięciu lat. Przez niemal dekadę zmieniło się tyle, że już z rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy zakładałam sobie swoje pierwsze konto na Netflixie, właśnie po to, by obejrzeć „Stranger Things”. Poza tą nostalgią jest to jednak świetnie napisana historia, która mimo lat stale zdobywa fanów. „Stranger Things” jak niewiele innych dzieł dostarcza fabułę pełną akcji, tajemnicy i humoru zarówno dla bohaterów dziecięcych, starszych nastolatków, jak i dorosłych. W każdej grupie wiekowej da się znaleźć postać, której będzie się kibicować, co sprawia, że serial jest świetnym połączeniem kina familijnego z horrorową podszewką i potrafi utrzymać zainteresowanie widza na przestrzeni lat.

Sezon drugi to powtórka jedynki, z którą wiązałam najmniejsze emocje. Może dlatego tak bardzo mnie zaskoczyło, ile istotnych rzeczy zawierał. Jest też skarbnicą scen będących początkiem najbardziej kochanych, wręcz kultowych już elementów serialu. Nie był aż tak słaby i bezsensowny, okazał się wręcz kluczowy i niezbędny w kontekście finału – dużo bardziej niż sezon trzeci, czy – hot take – nawet pierwszy.

Mam wrażenie, że od „Stranger Things 3” naprawdę zaczęłam świadomie uznawać się za fankę tej produkcji. Najsilniejszym elementem jest tu warstwa wizualna, czyli najbardziej stereotypowe i podkręcone do maksimum podanie klimatu szalonych lat 80. – dużo bardziej kolorowa, rozbuchana i żywa niż reszta sezonów, które budowały swój wizerunek raczej na kameralnym, domowym klimacie pełnym boazerii, przykurzonych sprzętów i żarzących się światełek.

Wyraźnie czuć, że sezon czwarty jest momentem, w którym historia zaczęła zmieniać nastrój na bardziej horrorowy, a fabuła zdecydowanie obiera konkretny kierunek. Jest to zdecydowanie sezon przygotowujący grunt pod epicki finał tej historii. Niebezpieczeństwo przybiera konkretne kształty, a przede wszystkim zaczyna świadomie wybierać swoje ofiary. Prawdopodobnie ze względu na te różnice wiele osób go nie lubi. Po powtórce sama widzę w nim wiele cech, które nie tyle mi przeszkadzały, ile po prostu zmieniły nastrój serialu na taki, który nie jest już tak wciągający, świeży i wdzięczny jak poprzednie. Jest tam jednak mój Eddie, a także całe mnóstwo wciąż żywych wspomnień. To nie ja oglądam  sezon czwarty, ale Gabrysia sprzed trzech lat, która zasiada do tych odcinków po raz pierwszy i po raz pierwszy je przeżywa (oj, bardzo mocno przeżywa…).


Jak krowie na rowie i wkoło Macieju

Jak na finał, sezon piąty ma bardzo nierówne tempo. Jest to też zupełnie inna historia, niż zapowiadał poprzedni sezon jako pełnowymiarową wojnę światów i prawdziwą, krwawą jatkę. Pierwszy odcinek mnie wręcz wynudził i sprawił, że raz po raz spoglądałam na zegarek. Z kolei gdybym miała napisać plan wydarzeń wszystkich odcinków, nie byłabym w stanie odtworzyć co najmniej połowy. Jakież było moje zdziwienie, gdy cudowne uratowanie Nancy i Jonathana z laboratorium wcale nie ma miejsca gdzieś w środku sezonu, ale dopiero w przedostatnim odcinku, tuż przed ostatecznym starciem. W budowaniu napięcia wcale nie pomógł też podział na trzy akty, bo oglądając finał dawno już zdążyłam zapomnieć, co oglądałam ponad miesiąc wcześniej.

                Sezon piąty jest przegadany i powtarzalny. To maraton tłumaczenia wszystkiego po kilka razy. Nie byłam nawet świadoma tego, ile razy na przestrzeni ośmiu odcinków któryś z bohaterów tłumaczył swój genialny plan za pomocą przypadkowych przedmiotów. Do tego dochodzą niezliczone deklaracje, co bohaterowie obecnie czują, czego się boją i o czym marzą. Wiele z nich jednak kończy na etapie słów, w które mamy bezmyślnie uwierzyć. Mam wrażenie, że przez wiele czasu towarzyszyło mi wymuszone, sztucznie budowane napięcie, które wmawiałam sobie, że powinno mi towarzyszyć, a które nie zawsze znajdowało ujście na ekranie.

Nie pomaga sposób, w jaki obecnie pisze, wypuszcza i ogląda się seriale, do czego zresztą rękę w dużym stopniu przyłożyło „Stranger Things”. Już nawet oficjalne kanały, obsada i platformy w momencie premiery wypuszczają coś, co w teorii powinno być materiałami promocyjnymi, a okazuje się być perfidnymi spoilerami. Jeśli chce się ich uniknąć, trzeba wciągnąć całość hurtem w momencie premiery, co automatycznie wymaga zaniżenia poziomu inteligencji przedstawianej fabuły. Zasadę „show, don’t tell” można wyrzucić do kosza. Teraz już nie tylko tanie paradokumenty, ale największe światowe produkcje muszą objaśniać w dialogach dosłownie wszystko, traktować widza jak idiotę i pomagać mu bezwstydnie uprawiać second screen viewing. Między innymi dlatego ten sezon jest tak mało dynamiczny, z krótką przerwą na ckliwą historyjkę, wycyrklowaną dokładnie na to, by powielana w pionowym formacie rolki na Instagramie tknęła wrażliwą strunę w sercu i palec do zrepostowania.

Mogłoby się wydawać, że finałowy sezon to nie jest moment, żeby wprowadzać do historii kolejnych bohaterów. Tymczasem  „Stranger Things 5” zamiast skupić się na postaciach znanych i lubianych, oddaje główny wątek świeżakom. Próbuje wracać do korzeni z pomocą nowych postaci dziecięcych, bo główni aktorzy zdążyli już przez dekadę dorosnąć. Mimo poświęconego czasu młodzi aktorzy nie są jednak w stanie unieść ciężaru emocjonalnego i przywiązania, jakie na przestrzeni lat zbudowaliśmy z oryginalną drużyną. Coś, co miało dostarczyć powiew świeżości i dreszczyk nowych emocji, w rezultacie sprawiło, że finałowy sezon obchodzi nas coraz mniej.

Główny wątek sezonu piątego powinien zostać poświęcony Willowi i jego relacji z Drugą Stroną, zwłaszcza gdy wprowadza się: po pierwsze – nowe narzędzie w postaci nowo odkrytej mocy Byersa, a po drugie – próbuje się uczłowieczyć postać Vecny, dając mu możliwość odkupienia win. Obie te sprawy są tylko zarysowane i niedostatecznie rozwinięte, przez co w kontekście całości pasują jak pięść do oka i generują więcej pytań niż dają odpowiedzi. Postać Willa od samego początku jest traktowana bardziej jak rekwizyt niż pełnoprawna osoba. Sezon piąty w końcu daje mu więcej sprawczości, nadal jednak jest to bardzo narzędziowe. Will korzysta z nowych umiejętności oszczędnie, nie dając widzowi oswoić się z nowym status quo. Wyraźniejsze pokazanie więzi między nimi poprzez umiejętność wzajemnego wdzierania się do świadomości drugiego, mogłoby pomóc rozwinąć obie te postacie, wyjaśnić lepiej kilka fabularnych niedopowiedzeń, o które pieklą się fani i jeszcze bardziej podbić rolę Willa w finałowym starciu.

Przebłyskami sezonu 5 są właśnie sceny, w których rzeczywistość miesza się z koszmarem klątwy Vecny. Spacer po wspomnieniach Henry’ego czy reakcja Dereka na wizję zmasakrowanych rodziców pokazują, jak świetnym narzędziem była moc wdzierania się do umysłów i tworzenia iluzji: przywracała niepokojący nastrój do serialu, który gdzieś po drodze zagubił swój horrorowy klimat na rzecz multipleksowego akcyjniaka. Aż szkoda, że tak rzadko się z niej korzystało, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że w sezonie piątym mamy aż trzy postacie obdarzone tą umiejętnością. Jednym z najmocniejszych momentów tego sezonu jest scena konfrontacji Vecny i Hoppera. Dokładnie takich emocji potrzebowałam: ani przez moment nie uwierzyłam w to, co widzę na ekranie, ale poddanie się Jima klątwie i okazanie słabości niosło za sobą bardzo poważne skutki, które narażały na niebezpieczeństwo całą drużynę i wymagały od nich momentalnej reakcji.

Trudno jest mówić o poziomie aktorskim, gdy aktorzy nie za bardzo mają co grać. Większość sezonu piątego to wałkowana w kółko ekspozycja lub do bólu stereotypowe i pompatyczne monologi, a zbudowane na tym etapie więzi zepchnięte są w kąt. Mike, Will, Dustin i Lucas nie spędzają ze sobą praktycznie ani chwili, gdy w poprzednich sezonach to właśnie ich czwórka stanowiła centrum uwagi. Jedenastka po raz kolejny zostaje odizolowana od reszty i coraz trudniej wierzyć w ich przyjaźń.  Poziom chemii między El i Mikiem osiągnął szczyt w drugim sezonie, a sceny między nimi są tak drętwe i niezręczne, że trudno mi dać wiarę w ich deklarowane uczucia. Scena pożegnania, która powinna rozwalać emocjonalnie, o wiele bardziej dotknęła mnie ze względu na reakcję Hoppera, bo ich relacja ojciec-córka miała większą możliwość, aby się rozwinąć. Przez przeżywaną traumę po stracie Eddiego, Dustin przez długi czas nie jest sobą, co jest bardzo bolesnym, a jednocześnie jednym z najlepszych elementów tego sezonu. Z kolei Robin potrzebna jest w wątku Willa, zatem postać Steve’a przez długi czas sprowadzona jest do trzeciego koła u wozu i potencjalnego rywala Jonathana o serce Nancy. Jest to duży spadek formy, a mimo wszystko Harrington pozostaje jedną z jaśniejszych gwiazd na ekranie – głównie ze względu na swoją trudną relację z Dustinem.


Jedenastka przeskanuje Łupieżcę Umysłów, Murray przeskakuje helikopter, a „Stranger Things 5” przeskakuje rekina.

Moim głównym zarzutem do sezonu piątego jest to, że Dufferowie za bardzo ułatwili drogę naszym bohaterom do końca. Ze śmiertelnego zagrożenia zapowiadanego w sezonie czwartym, zrobili wycieczkę krajoznawczą. Żeby naszym pupilom nie stała się zbyt duża krzywda, wyeliminowano wszystkie możliwe niebezpieczeństwa. Stworzenia z Upside Down zastąpiono marnie przygotowanymi żołnierzami, osłabiono też samego Vecnę, dając mu kolejne słabe punkty i robiąc z niego nieuważnego głupka dającego się podejść raz po raz bandzie dzieciaków. Z drugiej strony podarowano naszej drużynie nie tylko dwie kolejne osoby obdarzone nadnaturalnymi mocami, ale też pomoc ze strony cudownie uratowanej Max, dokoksowanej Karen Wheeler czy nawet Murraya, który z jakiegoś powodu jest w stanie przemycić dla naszej drużyny wszystko, nawet bombę atomową.

Dufferowie przyzwyczaili nas do epickich scen starcia głównych bohaterów z wrogiem z Drugiej Strony: pełnych emocji, adrenaliny i podniosłych utworów muzycznych. Niedoścignionym przykładem jest finał sezonu czwartego, gdzie bitwa dzieje się na wielu płaszczyznach: fizycznych i nadnaturalnych, a każda z warstw ma kluczowy wpływ na sytuację pozostałych. A to wszystko odpowiednio podbudowane potężną ścieżką dźwiękową. Jaki podkład towarzyszył bohaterom przy ostatecznym starciu w tym sezonie? Na pewno nie genialny remiks „Who Want To Live Forever”, o co będę miała pretensje jeszcze bardzo długo.

Najsłabszym punktem finału są sceny w Otchłani, gdzie atmosfera powinna być najcięższa, a nie dzieje się tam dosłownie nic. W Upside Down żołnierze przynajmniej próbują przeszkadzać, mamy tam jednak przede wszystkim relację Hoppera i El.  Z kolei wątek dzieci uwięzionych w umyśle Jedynki broni się głównie kreacją Jamiego Campbell Bowera, który w formie Henry’ego/ Pana Coto jest najbardziej przerażający ze wszystkich wcieleń. Otchłań do końca pozostaje spacerkiem. Finałowa bitwa, która powinna być kulminacją niemal dziesięciu lat skrupulatnego dziergania fabuły, trwa kilka minut, że można ją właściwie przeoczyć. Co gorsze, jest również pozbawiona klimatu i w zasadzie jakiejkolwiek stawki.  Po drodze do final bossa wystarczyłoby kilka demogorgonów by wprowadzić dodatkowe zagrożenie, a z pierwszym sezonem stanowiłyby one dodatkową fabularną klamrę.

„Myślałem, że już po was” motywem przewodnim sezonu 5 

 Bracia Duffer tak bardzo boją się fanów, którzy byliby gotowi przelecieć pół świata i dać im osobiście w pysk, że nie odważyli się uśmiercić nawet pobocznego bohatera. Przy głównej obsadzie, która wraz z nowymi sidekickami w piątym sezonie spokojnie dobija już do dwudziestu członków, właściwie nikomu nie dzieje się krzywda. Większe cięgi dostaje w pierwszym odcinku Dustin niż ktokolwiek w finale. Natomiast nie przeszkadza im to, by perfidnie od czasu do czasu nie wrzucić sceny baitującej śmierć któregoś z ulubieńców. Ale zrzucenie kogoś z wysokości nie wystarczy do zbudowania napięcia, jeśli po chwili na ekranie magicznie pojawia się ręka chwytająca za kołnierz. Gdy zaczynasz zbyt często unieśmiertelniać bohaterów, nie oczekuj, że za każdym razem, gdy ktoś nabije sobie guza, fani będą płakać rzewnymi łzami.

Czy wariowałabym ze smutku i złości, gdyby ktoś z drużyny stracił życie? Pewnie! Czy niezadowoleni fani sięgaliby za widły? Oczywiście! Za kim płakałabym najbardziej, a czyją śmierć przeżyłabym najłagodniej? Nie jestem w stanie powiedzieć i właśnie o to chodzi! Między innymi dlatego tak dobrze działały finały poprzednich sezonów: zagrożenie czaiło się na każdego, a po tyłku dostawali nie tylko złole, ale również ulubieńcy widowni. Jest to przecież świat, w którym jeszcze bardziej niż w realnym życiu cierpienie i śmierć są obecne. Piąty sezon, zapowiadany jako największe widowisko z atmosferą, którą można ciąć nożem, kończy się mając na koncie ofiary, które da się policzyć na palcach jednej ręki, z czego większość to antagoniści bez imienia. Mam wrażenie, że gdzieś po drodze zapomniano, że dobre historie to nie zawsze te, które kończą się szczęśliwie dla wszystkich wokół. Prawda jest też taka, że wiele postaci najczulej wspominanych przez fanów to właśnie ci, którzy polegli.

Wszystkie te zastrzeżenia, zwłaszcza co do zakończenia, dałoby się naprawić, wprowadzając do ostatecznego starcia więcej realnego zagrożenia, niekoniecznie w postaci śmierci bohaterów. Wybijmy Nancy oko niczym Caitlyn z „Arcane”. Urwijmy Hopperowi rękę albo nogę. Zróbmy cokolwiek, co będzie widoczną pamiątką, co utwierdzi widza w przekonaniu, że to nie była kolejna kampania DnD, po której wszyscy rozchodzą się do swoich domów jak gdyby nigdy nic.

Co lepsze Dufferowie nie byli w stanie się wychylić i sprawić, żeby jedyna istotna strata sezonu, była ostateczna. Teoria Mike’a była dla mnie ciosem w twarz. Za pierwszym razem odebrałam ją jako totalne tchórzostwo ze strony twórców, umywanie rąk i przerzucanie odpowiedzialności. Bo w tym momencie to nie Dufferowie uśmiercają Jedenastkę, lecz fani, którzy zdecydowali się nie uwierzyć w jej cudowne ocalenie. Uważam, że akurat śmierć Eleven była najbardziej logicznym wyborem wywołującym największe emocje. Teoria o jej ucieczce świetnie działałaby jako element przeżywanej traumy i chwytania się najbardziej zwariowanych teorii, by znaleźć sens w pójściu dalej, gdybym nie czuła się aż tak oszukana i gdybym mogła opłakiwać kogoś innego. W momencie uwierzenia w ocalenie El, wszystkie moje problemy związane z brakiem jakichkolwiek niebezpieczeństw i konsekwencji w tym sezonie tylko się pogłębiają.

Zmarnowane potencjały i ekranowe perełki

Czuć, że na ekranie brakuje naszych ulubieńców. Każdy z wątków jest domknięty na szybko i na jak najwyższej nucie, co tylko potęguje wrażenie nadmiernego, wręcz przerysowanego patosu. Jedną z takich ofiar rozrośnięcia się obsady jest Joyce. Z głównej bohaterki będącej początkiem całej afery, została zdegradowana do roli nadopiekuńczej, wiecznie przerażonej matki. Cieszę się, że ostatecznie dostała swoją szansę na odegranie się za to, co spotkało jej rodzinę. Choć przez chwilę w tym sezonie powrócić do swojej szalonej, nieprzewidywalnej i zdeterminowanej wersji.

Holly jest postacią ciekawą, ale trudno żywić do niej głębsze uczucia, gdy w poprzednich sezonach pojawiała się epizodycznie. Derek to z kolei typowy comic relief, którego zadaniem jest od czasu do czasu rzucić sprośnym tekstem nieprzystającym dziesięciolatkowi. Wiem, że wątek porwanych dzieci jest kluczowy i jego usunięcie lub skrócenie wymagałoby przepisania całego sezonu. Zajął on jednak czas, który powinien zostać rozdysponowany między główną obsadę, zwłaszcza tę będącą z widzem od samego początku. Może dobrym pomysłem rzeczywiście byłoby role Holly i Dereka powierzyć postaci już znanej i lubianej, czyli Erice, która w tym sezonie – podobnie jak reszta – jest mało wyeksploatowana, a w odcinku finałowym wręcz jest zapomniana.

„Stranger Things 5” pokazało, jak duży błąd popełnili Dufferowie, uśmiercając Brennera w poprzednim sezonie. Dr Kay, mając dane tak mało czasu antenowego, jest marnym zastępstwem i nie była w stanie zbudować wizerunku głównego czarnego charakteru w ludzkiej skórze. Jako istotny element wpływający na zakończenie wątku El musi się jednak pojawić, więc plącze się pod nogami, nie wywołując żadnych emocji poza irytacją. O ile bardziej diaboliczne byłoby, gdyby na ekran po raz kolejny wszedł Papa, który jeszcze w czwartym sezonie zdawał się pokazać odrobinę uczucia wobec przybranej córki, by ostatecznie wrócić jak widmo przeszłości: jeszcze bardziej szalony, bezwzględny i nieludzki – zwłaszcza w porównaniu z postacią Hoppera.

Kali jest postacią, która w drugim sezonie pojawiła się wyłącznie po to, żeby nauczyć Nastkę korzystać z jej mocy w sposób, jaki równie dobrze mogła zrobić to każda inna postać. Jako bezsensowne wprowadzenie szybko zniknęła z radaru, totalnie porzucona i zapomniana. W piątym sezonie wraca, by po raz kolejny wyłożyć ekspozycję, która mogłaby zostać przedstawiona na wiele innych, mniej lub bardziej oklepanych sposobów (przypominam, że co najmniej dwa razy dowiadujemy się jakichś rewelacji z przypadkowo zostawionych notatek). Poza tym nie zrobiła nic oprócz działania Hopperowi na nerwy. Ostatecznie była niezbędna wyłącznie na potrzebę epilogu i teorii Mike’a, której – jak już wspomniałam – nie lubię. Masa potencjału, którego nie udało się wykorzystać już w sezonie 2, odkopana wyłącznie po to, by paść trupem, jak to Dufferowie mają w zwyczaju robić z bohaterami pobocznymi. Niestety tym razem trik nie wypalił, bo nikt tej postaci nie lubił. Gratulacje, Kali! Byłaś i zostałaś najbardziej niepotrzebną postacią tego serialu.

Jamie Cambell Bower  jest jednym z tych aktorów, który na tle całej reszty błyszczy, głównie dlatego, że trafiła się mu bardzo zróżnicowana rola. W jednym serialu przyszło mu zagrać przerażającego potwora, uroczego manipulatora w kapelusiku i przerażone dziecko wypierające swoje wspomnienia. We wszystkich tych wcieleniach się odnajduje, choć najmniej lubię go w wersji Vecny, bo ta jest najmniej zniuansowana. Z kolei najbardziej działa na emocje jako Pan Coto, zarówno jako wilk w owczej skórze w scenach z dziećmi, jak i przerażony chłopczyk ze wspomnień, który mimo danej szansy na odkupienie, ostatecznie nie okazuje żadnej skruchy.

Władca Pierścieni: Powrót króla – Stranger Things edition, czyli o tym, gdy epilog zajmuje pół finału.

Nie wiem, czemu ludzie tak bardzo narzekają na 7 odcinek. Właściwie jest on kwintesencją tego, co w „Stranger Things” było najlepsze. W przeciągu godziny udało się zmieścić kilka scen akcji, a wiele z przytaczanych „dziur fabularnych” zostało łopatologicznie wyjaśnione, co odhacza obligatoryjną dla ST sekwencję nerdowskiego gadania. Jest tu też kilka emocjonalnych rozmów między bohaterami: oczywiście cała scena coming outu Willa, ale też np. krótka acz mocna scena pojednania Dustina i Steve’a. Nie zabrakło nawet kilku żarcików, które sprawnie rozładowują napięcie, jakie towarzyszy bohaterom przed ostatecznym starciem.


        Czuję, że gdyby dwa ostatnie odcinki wyszły razem, tworząc jeden epicki, trzygodzinny finał, odbiór całego sezonu mógłby być zupełnie inny. Pokazanie przygotowań wydłużyłoby subiektywnie finałową walkę, a zawarcie spokojniejszych, wzruszających momentów na początku i na końcu seansu dałoby poczucie lepiej rozłożonych akcentów. 40- minutowy epilog, mimo że piękny i całkiem wzruszający, nie trwałby wtedy 1/3 odcinka, a przyjąłby bardziej zgrabne rozmiary. A przede wszystkim nie dałoby się widzom całego tygodnia na to, by jeszcze bardziej napalić się na punkcie coraz to bardziej brawurowych teorii spiskowych.

Internetowi psychofani kryptonitem braci Duffer i piątego sezonu „Stranger Things”

Tak naprawdę piąty sezon skazany był na porażkę już w momencie, gdy został ogłoszony jako finał. Nie pomogły też wywiady, w których twórcy opowiadali o nim jako części z największym rozmachem, największym budżetem i emocjami, na które nikt nie był gotowy. Dufferowie wykarmili na własnej piersi wroga, który ostatecznie ugryzł ich w palec. Bo za zapowiedziami poszły teorie.

 Ludzie uwielbiają myśleć, że są mądrzejsi od autorów, że są od nich sprytniejsi. Fani „Stranger Things”, nieograniczeni czasem antenowym, technikaliami kręcenia serialu ani budżetem, wpadli na mnóstwo teorii, łącząc kropki, które tylko fanatycy byliby w stanie połączyć. Nadali logikę tam, gdzie nigdy jej nie było. Stworzyli historie, na których punkcie zafiksowali się na tyle, że każde inne rozwiązanie byłoby dla nich zawodem i „dziurą fabularną”. Chwycili się drobiazgów, które często są błędami montażowymi, zapominając o tym, że głównym zadaniem filmu – zwłaszcza takiego będącego czystą rozrywką – jest opowiedzenie angażującej historii, która w miarę logiczny i atrakcyjny sposób w określonym czasie przeprowadzi bohaterów z punktu a do punktu b. Jak się jednak okazuje, dla niektórych ekspozycji nigdy za wiele. Przyzwyczajeni do fanfikowych standardów, gdzie całe akapity poświęca się nieistotnym szczegółom, zapomnieli, że istnieje coś takiego jak „magia kina” i nie wszystko trzeba tłumaczyć na ekranie, by dzieło było zrozumiałe, a przede wszystkim wywoływało emocje, zmuszało do refleksji lub dawało rozrywkę. Że nie trzeba prosto w twarz zamykać wątku każdej pobocznej postaci, by opowiedzieć spójną, angażującą historię. Czy sezon piąty pozostawia wiele kluczowych pytań bez odpowiedzi? Jak najbardziej, ale największych problemów ludzie doszukują się niekoniecznie tam, gdzie trzeba. Jakoś nikt nie czepia się, że w filmach superbohaterskich nie pojawia się bezimienna postać, która próbuje wytłumaczyć firmie ubezpieczeniowej, że jej samochód został zniszczony podczas finałowej rozwałki.

Miałeś być mistrzem opowieści!

Nie jestem zdruzgotana tym sezonem, nie jestem na niego wściekła czy smutna, choć moje odczucia zdążyły się już kilkukrotnie zmienić. Z perspektywy czasu, mimo wszystko uznaję, że finał „Stranger Things” jest w porządku. Jest to jednak jedna z mocniejszych obelg i zarzutów, jakich można byłoby użyć, ponieważ te słowa nie powinny paść przy rozmawianiu o tak dużym fenomenie. Ostatecznie wypada wyjątkowo blado, bezpiecznie i zachowawczo, zwłaszcza w porównaniu z finałami poprzednich sezonów. Bracia Duffer, boją się podjąć stanowczą decyzję i nadepnąć fanom na odcisk. Próbując wszystkim dogodzić, stworzyli coś miałkiego, co nie spodobało się praktycznie nikomu. Dlatego też nie będzie to sezon, który wspominany będzie tak, jak powinien: jako epicki koniec telewizyjnego fenomenu. Obawiam się wręcz, że dla wielu zasiądzie raczej pośród największych serialowych rozczarowań. 

Dużo bardziej przeżywałam, jak zły był finał „The Umbrella Academy”. Podobnie jak tam nie mam zastrzeżeń do samego zakończenia, ale do drogi, którą trzeba było przebyć. Co więcej, w tym przypadku wystarczyłoby naprawdę niewiele zmian – zwłaszcza na poziomie fabularnym – by sezon piąty był dla mnie bardzo dobry. Mój problem leży w  rozłożeniu akcentów i w tym, że nie okazał się być tak emocjonalnie rozwalający, jak oczekiwałam. Nie czuję się wystarczająco przetyrana po finale. Jako osoba, którą bardzo łatwo wzruszyć, po „Stranger Things 5” czuję wyjątkową obojętność.

Całe szczęście sezon piąty nie będzie wspomnieniem, które zepsuje mi odczucia co do całego serialu. Polecając „Stranger Things”, nie będę zaczynać od słów przestrogi. Szkoda, że o finale tak przełomowego dzieła popkultury mogę wypowiedzieć się tak ambiwalentnie. Mimo wszystko mam nadzieję, że jeszcze kiedyś powrócę do tej historii i wierzę, że wtedy znajdę w piątym sezonie coś nowego, co pozwoli mi na niego patrzeć przychylniejszym wzrokiem.


źródła:
video: Netflix Polska: https://www.youtube.com/@NetflixPolskaOfficial/videos
Queen Official: https://www.youtube.com/watch?v=WaUJmelCEYw
zdjęcia: Tudum By Netflix
https://www.netflix.com/tudum/articles/stranger-things-5-episode-8-ending-explained
https://www.netflix.com/tudum/articles/stranger-things-5-fun-facts
https://www.netflix.com/tudum/articles/stranger-things-5-nell-fisher-holly-wheeler-interview

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku!
Jeśli znalazłeś się aż tutaj, będziemy wdzięczni, jeśli wyrazisz swoje skromne zdanie. Our humble opinions jest w końcu "our". :)