Tytuł: „Wołanie kukułki”
Autor: Robert Galbraith
Liczba stron: 450
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
To,
że od lat jestem Potterhead (mimo że dopiero niedawno poznałam tę nazwę
fandomu), nikogo nie powinno dziwić. Zbytnio się z tym nie kryję, część moich
znajomych uważa mnie za wariata, część nie neguje, ale się dziwi, inni znowu
zgadzają się ze mną w stu procentach. Dlatego niemożliwością było, żebym nie przeczytała innych dzieł Rowling. Bardzo chciałam mieć „Trafny wybór”, ale
szczerze mówiąc, po jakimś czasie i kilku niezbyt pochlebnych komentarzach
odpuściłam. Zupełnie inaczej było z „Wołaniem kukułki”. Może zacznijmy od tego, że gdyby ktoś nie puścił farby, to zarówno ja, jak i wielu czytelników
prawdopodobnie nie sięgnęłoby po książkę jakiegoś nieznanego autora. Fakt, że
Rowling napisała i wydała ją pod pseudonimem nasuwa mi pewne przemyślenie- w
sumie historia zatoczyła koło: kiedyś wydawca nie chciał opublikować „Harry’ego
Pottera” pod jej pełnym nazwiskiem, żeby nie wydać, że książkę napisała
kobieta, a kilka lat później Rowling sama decyduje się skryć pod męskim
wcieleniem…
