piątek, 21 września 2018

Bliźniaczka jednojajowa "Illuminae"? Amie Kaufman i Jay Kristoff "Gemina"



Tytuł: „Gemina”
Autor: Amie Kaufman, Jay Kristoff
Liczba stron: 631
Wydawca: Moondrive


                „Illuminae” nie sprawiło, że myślałam o tej serii przez cały rok, że nie mogłam doczekać się kontynuacji. Szczerze, dość szybko przeszłam po książce do porządku dziennego. Jednak gdy ogłoszono wznowienie akcji- tym razem z „Geminą”, od razu zamówiłam swój zestaw i wręcz nie mogłam się doczekać, aż złapię książkę w swoje ręce.


                Kosmiczna jednostka badawcza Hypatia, która cudem uratowała się z ataku BeiTechu kieruje się w stronę stacji skoku Heimdall, by przenieść się bliżej centrum galaktyki i móc poinformować świat o zamachu. Ale nie ona jedyna kieruje się w stronę stacji. BeiTech nie może pozwolić, by wszechświat poznał prawdę. Świętowanie dnia Terry, do którego przygotowują się pasażerowie Heimdall zmienia się w koszmar, a uratować ich mogą tylko córka kapitana stacji Hanna Donnelly i Nik Malikov- pasażer na gapę, kryminalista i członek mafii.

Jak wspomniałam, „Illuminae” ani mnie specjalnie nie grzało, ani ziębiło. Natomiast zdecydowanie przygotowało na kolejne części, bo „Geminę” czytało mi się o wiele szybciej, a przede wszystkim o wiele przyjemniej. Wydaje mi się, że może to być właśnie kwestia przyzwyczajenia, ale też czasu, w jakim rozgrywa się cała powieść. Jest to nie więcej niż jeden dzień, więc  między wydarzeniami się po prostu płynie i łatwiej było mi się we wszystkim rozeznać. To, czy w ogóle możliwe jest, żeby tyle wydarzyło się w 24 godziny, to już inna sprawa. „Gemina” po prostu nie dała mi czasu na to, by się długo wdrażać. Powiedziała: „Ryśka, masz tylko dobę, nie ma czasu Ci wszystkiego tłumaczyć”. I ja to przyjęłam i bardzo dobrze na tym wyszłam.


Forma raportów, przesłuchań i zapisów z kamer technicznych nadal nie jest tak bogata jak narracja prowadzona z centrum wydarzeń: z perspektywy lub bezpośrednio przez bohatera. Akcja jednak na tyle wciąga, że zwłaszcza po przygotowaniu w postaci lektury pierwszej części nie zwraca się na to uwagi i odrzuca się na bok ten brak silnych, osobistych emocji. Poza tym jest to, jak się okazuje, świetne narzędzie do tworzenia napięcia i wprowadzania elementów zaskoczenia, często takich, o których w ogóle czytelnik by nie śnił. Czy mogę powiedzieć, że historia jest oryginalna? Absolutnie nie, jednak autorzy potrafią dość zgrabnie operować, by nie zanudzić czytelnika, a czasem zaskoczyć go zwrotem akcji o 180 stopni. Obawiam się tylko kierunku, jaki obrała „Gemina”, bo na poruszonych wątkach już niejedna seria i niejeden autor się wyłożył. Lepiej, żeby „Obsidio" obrało inny temat przewodni albo naprawdę przyłożyło się do przedstawienia w pełni logicznego myślenia.


Mimo wszystko nie można nie zauważyć, że „Gemina” opiera się DOKŁADNIE na tych samych schematach co poprzednia część. Praktycznie z zegarkiem w ręku można odhaczać kolejne elementy historii. Konfrontacja głównych bohaterów: check. Spektakularny początek akcji: check. Pierwszy, drugi, trzeci zwrot akcji: check. Zakończenie książki w połowie konwersacji: check. Nie dziwię się zarzutom, że „Gemina” jest niejako kalką „Illuminae”, bo niestety nią jest. Dlatego też rozumiem, że dla niektórych może być odgrzewanym kotletem i totalnym zawodem, zwłaszcza jeśli porwała ich właśnie ta świeżość i niecodzienność zarówno formy jak i fabuły. W moim przypadku tak się nie stało, przede wszystkim dlatego, że to przy pierwszej części historia mi odrobinę uciekła i nie byłam nią oczarowana na sto procent. Niestety nie zaskakuje ani stylem, ani formą. Ratować ją mogą tylko „nowi” bohaterowie, „nowe” miejsce akcji i „nowa” fabuła. Myślę- i dla niektórych może to być niestety zła wróżba, że „Obsidio” będzie kontynuowało ten schemat i będzie wyglądało jak dwie poprzednie części. Już wam mówię dlaczego.



Solowa twórczość Kristoffa do tej pory mi umykała. Z Kaufman mam za to przeszłość bogatszą o serię „Starbound” współtworzoną z Meagan Spooner. I w tamtej serii jest identyczny „problem”. To znaczy każda książka zbudowana jest na tym samym planie, zmieniają się jedynie główni bohaterowie, którzy i tak w ostateczności nie różnią się od siebie niczym prócz jakichśtam definiujących ich cech czy elementów życiorysu. W sensie każdy z nich ma do opowiedzenia jakąś historię, reprezentuje różne wartości i podejmuje swoje decyzje, ale na tym podstawowym poziomie oni wszyscy są podobni: bardzo odważni, śmiali, wygadani, z podobnym poczuciem humoru. W „Illuminae” jest i będzie identycznie. Co więcej: schematy tej serii i „Starbound” też są łudząco podobne, powiedziałabym nawet że bliźniacze. Oś historii jest różna, natomiast świat zbudowany wokół niej i historia tocząca się wokół tego jednego problemu jest taka sama. „Starbound” i „Illuminae Files” to mogłoby być jedno uniwersum. Dlatego zastanawiam się, ile w „Geminie” i całym cyklu jest z twórczości Kristoffa, a ile z Kaufman. Bo po książce nie czuć, by miała dwóch autorów- i bardzo dobrze, bo nie ma nic gorszego niż nierówny styl i wewnętrzny konflikt w książce. Z drugiej strony brakuje mi tego męskiego pierwiastka, bo gdybym miała obstawiać w ciemno, powiedziałabym, że jest to seria zdecydowanie napisana przez kobietę. Sięgnęłam po „Illuminae” między innymi ze względu na „Starbound”. Jeśli lubicie ten klimat, to obie serie nawzajem Wam polecam, chociaż radziłabym je czytać w lekkim odstępie czasowym, bo możecie się po prostu znudzić jak każdym wałkowanym w literaturze motywem. I wyrokuję, że tak jak przy trylogii „Starbound” hype skończył się na pierwszym tomie, tak i z „Illuminae Files” entuzjazm może spadać z każdą kolejną częścią (na całe szczęście dla serii jest ich tylko trzy).


W moim przypadku „Gemina” okazała się miłym zaskoczeniem, bo mimo że nie wyczekiwałam jej zbyt intensywnie, okazała się przyjemną lekturą i powiedziałabym nawet, że dzięki niej cała seria zyskała w moich oczach. Przez historię się płynie, choć dalej zalecam czytanie fragmentów raczej dłuższych niż krótszych, żeby nie wybijać się z atmosfery. Forma i wydanie książki może nie zaskakuje, ale dalej zachwyca jak przy poprzedniej części, zwłaszcza rysunki z pamiętnika (btw. projektu Marie Lu). Cenię za spójność serii w stylu. Mam tylko nadzieję, że rzeczywiście jest to kwestia oryginalnego stylu Amie Kaufman, a nie tylko umiejętność pisania jednej historii. Żeby to ocenić czekam na „Obsidio” a także na kolejne projekty obu autorów, bo jak na razie robią całkiem dobrą robotę. 


Czy „Gemina” się Wam spodoba, to zależy od tego, jak bardzo i za co polubiliście „Illuminae” oraz czego byście oczekiwali od kontynuacji. Jeśli chcecie kontynuacji historii i formy z pierwszej części to powinniście „Geminę” polubić. Jeśli czekacie na kolejne odkrycie fabularne czy stylistyczne, jeśli czekacie na zaskakujący powiew świeżości, możecie się od książki odbić.



               

1 komentarz:

  1. Przeczytam, bo kocham Kristoffa <3 Więc dla mnie mógłby napisać nawet instrukcję obsługi kapciarki i też byłabym szczęsliwa.

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku!
Jeśli znalazłeś się aż tutaj, będziemy wdzięczni, jeśli wyrazisz swoje skromne zdanie. Our humble opinions jest w końcu "our". :)