wtorek, 4 kwietnia 2017

Tej historii bieg stary jest jak świat... "Piękna i Bestia"



Tytuł: „Piękna i Bestia” („Beauty and the Beast”)
Data premiery: świat: 23 lutego 2017, Polska: 17 marca 2017
Gatunek: fantasy, musical, romans
Czas trwania: 2h 9min
Wytwórnia: Disney
Reżyseria: Bill Condon
Scenariusz: Stephen Chbosky, Evan Spiliotopoulos
W rolach głównych: Emma Watson, Dan Stevens, Luke Evans, Josh Gad


                Na fabularną wersję „Pięknej i Bestii” czekałam w sumie od momentu ogłoszenia, że taki film powstanie. Emma Watson obsadzona w głównej roli też mi nie przeszkadzała, choć miałam pewne obawy, nie tyle jak wypadnie w filmie, a jak zostanie odebrana przez widzów, którzy nie mogą wymazać wizerunku Hermiony sprzed oczu. W ogóle, czy to nie dziwne, że od tej pory dzieci mogą zapamiętać Watson nie jako Hermionę, a właśnie jako Bellę?

                Bella mieszka w małej francuskiej wiosce, gdzie wiedzie spokojne życie ze swoim ojcem. Gdy dowiaduje się, że ten został uwięziony w nawiedzonym zamku ukrytym w środku puszczy przez potworną bestię, postanawia zostać w zamku w zamian za wolność starego ojca. Bestia zgadza się na ten układ. Z czasem Bella poznaje sekrety swojego nowego domu, historię jego zaklętych w meble mieszkańców, jak i samego właściciela.

Le Fou to jeden z promyczków całej produkcji...

Oryginalna animacja była mi zupełnie obca aż do dnia premiery, gdy uznałam, że najwyższy czas ją sobie nadrobić, więc nie wiązałam z nią żadnych silniejszych emocji i wspomnień z dzieciństwa. I być może dlatego tak pozytywnie odebrałam ten remake, a jednocześnie rozumiem, dlaczego ludzie nie są do końca zadowoleni z wprowadzonych zmian. Gdyby ktoś zmienił moją Pocahontas albo nawet Arielkę też pewnie zgrzytałabym zębami.


Zacznijmy od tego, w jakiej konwencji utrzymany jest cały film. Producenci postanowili iść na całość i zrobić z tego pełnoprawny, widowiskowy musical na dużym ekranie, co bardzo mi się podoba. Zakochałam się wręcz w tym pomyśle i już nie mogę się doczekać, by usłyszeć informacje, że baśń zostanie przeniesiona na sceny teatrów muzycznych. Film ma mnóstwo elementów, które zagrają idealnie w przedstawieniu, a przy technologii, jaka używana jest dzisiaj w teatrach nie widzę większych przeszkód i trudności- nawet technicznych, by przełożyć scenariusz na realia teatralne bez większych zmian.



Do oryginalnej ścieżki muzycznej dodano dwie nowe piosenki, przez co film staje się jeszcze bardziej musicalowy. Czasami animacje Disneya same nie wiedzą, czym dokładnie chcą być i zatrzymują się na kilku chwytliwych piosenkach, które jednak nie czynią z nich filmów muzycznych, a z drugiej strony odchodzą od animacji, powiedzmy, czysto przygodowych i familijnych. Największą zaletą tych piosenek jest jednak to, że idealnie wpasowują się w klimat tych oryginalnych kawałków, przez co osoby, które nie znają pierwowzoru nawet nie zauważą różnicy. W połączeniu z przepiękną ścieżką dźwiękową również opartą o oryginalną, ale umiejętnie wzbogaconą, tworzą poruszający, pełen emocji i magii klimat już od pierwszych minut filmu, a wręcz od samego zwiastuna. Rozumiem jednak, że wielu osobom ten natłok muzyki i piosenek może się nie spodobać, gdyż są np. tacy, którzy nie lubią tańczonych i śpiewanych wstawek w filmach, dlatego uprzedzam, żeby takowe osoby omijały raczej „Piękną i Bestię” szerokim łukiem.


Nowe projekty zaklętych mieszkańców zamku
mogą na początku denerwować, ale ostatecznie miło się na nie patrzy...
Trzeba przyznać, że w całym tym muzycznym natłoku aktorzy odnajdują się bardzo dobrze. Na pierwszy rzut oka widać, a raczej słychać, że większość z nich to nie są aktorzy musicalowi, ale wszyscy przynajmniej starają się trzymać poziom, przez co słucha się tego wszystkiego bardzo miło. Chociaż muszę przyznać, że trochę przesadzono z autotunem u Emmy Watson i zwłaszcza wtedy, gdy jest to pierwsza kwestia w całym filmie, rodzi się w głowie takie niedowierzanie i leciutki zgrzyt. Luke Evans jako Gaston i Josh Gad jako Le Fou kradną całe show swoją brawurową sceną w karczmie (od tamtego momentu prawdziwie zakochałam się w Gastonie, bez względu na to, jakim bucem był), Evana McGregora jako Lumiere albo się kocha, albo nienawidzi za jego akcent, a otwierające i zamykające sceny balowe są po prostu bajeczne. Nie mogę przestać wyobrażać sobie, jak by to wyglądało na scenie, na żywo, w wykonaniu piekielnie uzdolnionych aktorów musicalowych. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to głośność filmu, która w pewnych momentach była po postu uciążliwa i nieznośna na dłuższą metę. Winę za to zrzucam jednak przede wszystkim na jakieś niedociągnięcia techniczne ze strony samego kina, gdyż kilkanaście minut wcześniej dało się przyciszyć reklamy i zwiastuny Power Rangers, a podczas seansu nikt tego nie skontrolował.



Oprawa wizualna całego filmu również mnie usatysfakcjonowała.  Feeria barw, rozmach, z jakim wyprodukowano wcześniej wspomnianą scenę w karczmie albo w zamku podczas piosenki „Be Our Guest” zapierają dech w piersiach i sprawiają, że nie wiemy, gdzie mamy patrzeć. Bardzo podoba mi się też sposób, w jaki poprzez kostiumy oddano charaktery postaci, zwłaszcza Belli, ubierając ją w zwiewne lekkie sukienki z podwiniętym bokiem i ciężkimi butami do kompletu, zamiast zapinać ją w falbany i gorsety.


Jak już wspomniałam, nie miałam nic przeciwko zmianom w fabule filmu. Wiele z nich uważam za bardzo dobre zmiany, które nadają głębię całej historii, a czasem nawet sens, ale znalazło się tez kilka takich, które nawet mnie zabolały.


Jeśli jesteście jeszcze przed seansem, radziłabym ominąć kolejny akapit, gdyż będzie on zawierał spoilery różnej wagi.

Nie zabrakło oczywiście marzeń wszystkich książkoholików,
czyli przepięknej biblioteki, choć akurat tę konkretną książkę
najchętniej wyrzuciłabym przez okno...
Zacznijmy od tego, że bardzo fajnie film wybrnął z odwiecznych zarzutów co do historii, jakoby Bella miała po prostu syndrom sztokholmski i dlatego „zakochała się” w Bestii. Kto by pomyślał, że wystarczy Bestię nauczyć czytać? Po pierwsze, to oczywiste, że jako młody, ale dorosły książę dziwne by było, gdyby Bestia był analfabetą, po drugie ta zmiana stworzyła przestrzeń, na której można było zbudować zdrową relację między bohaterami i przymknąć usta niedowiarkom. Wiele osób ma wątpliwości, co do sceny w bibliotece, która straciła na sile itd., dla mnie natomiast bardzo miło oglądało się fragmenty, gdzie Bella i Bestia przesiadywali razem przy książkach, buszowali po półkach i pokazywali sobie coś w tekście. Znalazło się też miejsce dla sceny z oryginalnej baśni, której nie uświadczymy w animacji, a która o wiele sprawniej wyjaśnia, dlaczego Bestia postanowił uwięzić ojca Belli. Kolejny ważny aspekt: w końcu logicznie wyjaśniono, co takiego książę zrobił czarodziejce, że go przeklęła, a także ile miał wtedy lat i jak to się stało, że nikt w okolicy nie pamięta, dlaczego zamek oddalony chwilę od wioski nagle zniknął. Przy okazji wiąże się to z kilkoma gagami, zwykle naiwnymi, niezbyt górnolotnymi, ale przyjemnymi. Problem mam za to przede wszystkim z dodatkowym artefaktem wprowadzonym do fabuły. Magiczna księga potrafiąca teleportować uwięzionego księcia gdziekolwiek chce... Rozumiem, że twórcy chcieli wydłużyć film, że chcieli pokazać matkę Belli, choćby po to, by puścić o tym informacje na Filmwebie itp. i sprawić, że ludzie zaczną wymyślać różne teorie spiskowe na ten temat (pozdrawiam Super Carlin Brothers). Jednak ani nie wniosło to nic szczególnego do fabuły, ani nie było jakąś druzgocącą informacją, a przede wszystkim nie trzymało się logicznej kupy! Zrozumiałabym utworzenie swego rodzaju mary, fatamorgany, która mogłaby pozwolić na odwiedzenie Paryża, bo chyba tak miało być w zamiarze, ale oni tam się realnie przenieśli i zabrali grzechotkę!




Zaryzykowałabym stwierdzenie, że „Piękna i bestia” bardziej przypadła mi do gustu jako film fabularny niż jako animacja. Ze względu na ten rozmach, tę teatralność, to bogactwo, które momentami może wręcz podchodzić pod kicz, ale bardzo dobrze sprawdza się w klasycznej, ponadczasowej baśni o książętach, magii i miłości. A przy okazji jest to film, który z ogromnym szacunkiem podchodzi zarówno do animowanego pierwowzoru, jak i oryginalnej baśni, nie próbuje zmieniać na siłę fabuły, nie przerabia diametralnie charakteru postaci czy choćby wizualnej oprawy znanej z Disneyowskiej bajki. Jeśli tak mają wyglądać kolejne kultowe animacje ponownie przeniesione na duży ekran, to bardzo chętnie zaznajomię się z kolejnymi filmami. I oczywiście czekam na informację o przeniesieniu filmu na deski teatru, również w Polsce, bo po realizacji aż czuć, że wałkowanie historii o Belli i Bestii sie na tym nie skończy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku!
Jeśli znalazłeś się aż tutaj, będziemy wdzięczni, jeśli wyrazisz swoje skromne zdanie. Our humble opinions jest w końcu "our". :)